Z Agnieszką Stein- psychologiem, autorką książek „Dziecko z bliska” „AKCJA ADAPTACJA”, „Potrzebna cała wioska” rozmawiają o rodzicielstwie Aleksandra Popiel, studentka dziennikarstwa i Wioletta Przenniak-Cołta, mama dwójki dzieci i coach ACC

A. Popiel.: Niektórzy sądzą, że nie ma sensu zastanawiać się nad wychowaniem dziecka przed jego narodzinami. Przyszli rodzice nie potrafią myśleć o kimś, kogo jeszcze nie znają. A pani zdaniem kiedy warto zacząć myśleć o wychowywaniu?
A. Stein- Wiele zależy od tego, co to znaczy „myśleć”. W Polsce największymi ekspertami od wychowywania są zazwyczaj osoby, które nie mają dzieci…

A.P.: Chodzi o stawianie pierwszych kroków. Warto zaczynać jeszcze w ciąży?
– Zaraz po narodzinach dziecka się nie wychowuje, wtedy tylko się nim opiekuje. Dla ludzi, którzy nie mają dzieci albo są rodzicami bardzo krótko, wiele spraw poruszanych na warsztatach jest kompletną abstrakcją. Dopóki sami nie dojdą do pewnego etapu, ta wiedza nie składa im się w żadną całość. To czysta teoria. Dopiero kiedy rzeczywiście przeżywają daną sytuację, pojawiają się pytania i zastanawiają się, jak się z tym zmierzyć.

A.P.: Pani zdaniem to dobrze, że dopiero wtedy zaczynają się zastanawiać?
– Ja nie jestem od tego, aby mówić rodzicom, co jest dobre. Mówię, jak jest, nie oceniam, czy to dobrze. Ale z rodzicielstwem jest trochę tak jak z jazdą na rowerze. Czy to, że pani najpierw przeczyta, jak się jeździ, pomoże pani w rzeczywistym jeżdżeniu na rowerze? Rodzicielstwo to umiejętność, a nie teoretyczna wiedza.

A.P.: Czyli podstawę wychowania stanowi doświadczenie.
– Nie tylko. Wchodzimy w rodzicielstwo z pewną praktyką w kontaktach z drugim człowiekiem, także w relacji rodzic – dziecko czy szerzej: dorosły – dziecko. Wszystkie te doświadczenia wnosimy do swojego rodzicielstwa.

A.P.: Jak zadbać o to, aby było ono najlepsze?
– Chyba zaczynając od postawienia sobie pytań: „czego chcemy?” i „o co nam chodzi?”. Bo „najlepiej” dla każdego może co innego znaczyć. Warto poznać to swoje „najlepiej”, co więcej – na bieżąco je weryfikować. Co innego bowiem rodzic uważa za pożądane, kiedy dziecko ma miesiąc, a co innego, kiedy skończy ono trzy lata.

A.P.: Jak jednak trzymać się obranej drogi, kiedy rodzic już wyznaczy sobie pewne wartości i wie, że chciałby zgodnie z nimi postępować?
– Czasem rodzic nie wyznacza sobie samych wartości, tylko sposoby ich realizowania. Wartość oznacza to, co jest dla mnie ważne i co determinuje moje działania. Na realizację konkretnych wartości jest jednak dużo strategii. Jeśli jedne z nich są dla mnie za trudne albo niekoniecznie się sprawdzają, mogę szukać innych.

A.P.: Na jakie trudności najczęściej napotykają rodzice?
– Myślę, że to bardzo indywidualna kwestia. Na pewno jednym z problemów jest to, że postanowienia okazują się nierealistycznie. Najczęściej dzieje się tak właśnie wówczas, jeśli podejmowaliśmy je, gdy dana sytuacja była dla nas jeszcze czystą abstrakcją.
Czasem plany wiążą się z bardzo dużą zmianą stylu wchodzenia w relacje w stosunku do tego, co rodzice znają ze swojego dotychczasowego życia. Czasami ludzie mówią, że chcieliby w jakiś sposób wychowywać dziecko, ale w ogóle nie wiedzą, jak się do tego zabrać, bo sami nigdy tego nie doświadczyli.
Trudności pojawiają się też wtedy, gdy rodzic traktuje wartość w sposób idealistyczny, zakłada, że będzie zawsze zachowywał się właściwie, po czym okazuje się, że tak się nie da. Nie można też z góry opracować strategii na wszystkie sytuacje. Nie da się od początku do końca wymyślić swojego rodzicielstwa – to jest coś, co się dzieje na bieżąco.

W.P.-C.: Zdarza się jednak, że np. widząc, jak ktoś szarpie dziecko, czujemy niezgodę i postanawiamy sobie nigdy się tak nie zachowywać. Czy jest coś, co może nam w tym pomóc?
– Zamiast stanowczo twierdzić: „Ja na pewno nie będę dziecka szarpać”, lepiej byłoby powiedzieć: „Bardzo bym chciał nigdy tego nie robić”. Ludzie wyznaczają sami sobie pewne idealne standardy, którym pod wpływem gwałtownych uczuć nie są w stanie sprostać i bardzo źle się z tym czują. W emocjach jednak robi się rzeczy, o które na spokojnie nigdy byśmy siebie nie podejrzewali.

W.P.-C.: Czy z tego wynika, że wcześniejsze przemyślenie pewnych strategii postępowania nie ma sensu?
– Lepiej jest planować cały czas się uczyć, o co dziecku chodzi, niż stanowczo twierdzić, że czegoś nie zrobię lub wykonam coś w ściśle określony sposób. Tak nie wygląda relacja z dzieckiem. To, jak rodzic powinien się zachować w danym momencie, trochę zależy też od tego, co jest po drugiej stronie. Rodzicielstwo to relacja z żywym człowiekiem. Nie zaplanujemy, co on zrobi, ani jak postąpi nasz partner, bo przecież nie wychowujemy dziecka jako pojedyncza osoba oderwana od innych, tylko w relacjach z innymi dorosłymi.

W.P.-C.: Od czego w takim razie powinniśmy zacząć myślenie o rodzicielstwie?
– Pierwsza potrzebna umiejętność to rozumienie samego siebie. Zawsze najpierw pytam rodzica, czego on sam potrzebuje. Często jest tak, że on dopiero wtedy uczy się jakoś to określać czy odkrywać.

W.P.-C.: Rodzice przychodzą do pani, żeby odkryć, czego potrzebują na danym etapie?
– Najczęściej przychodzą dlatego, że coś im doskwiera. Dopiero potem rozmawiamy o tym, czego by chcieli, co jest dla nich ważne, na czym im zależy.

W.P.-C.: Przed porodem niektóre mamy chcą wiedzieć wszystko, czytają, pytają, szukają wiedzy. Inne mówią: „Jakoś to będzie”, i często dopiero przy drugim porodzie przyznają: „Wtedy czułam się taka zagubiona, a teraz wiem, co chcę wiedzieć”. Z moich obserwacji wynika, że te kobiety, które jakoś się do porodu przygotowały, radzą sobie lepiej. Czy podobnie jest z wychowaniem, budowaniem relacji?
– Zdarza się takie przygotowanie do porodu, gdzie słuchamy, jak ma wyglądać poród idealny, a bywa takie, podczas którego mama odpowiada sobie na pytanie, czego potrzebuje, aby czuć się komfortowo, jak może o siebie zadbać. To są zupełnie inne pytania: o sytuację idealną albo o samą siebie. Myślę, że także te mamy, które się przygotowywały do pierwszego porodu, mają poczucie, że wszystkiego nie wiedziały, nie każde ich oczekiwanie się spełniło. Zawsze jednak większe rozumienie samego siebie pomaga. I myślę, że podobnie jest z rodzicielstwem. Ludzie zresztą przez całe życie uczą się poznawać siebie – nie tylko w relacjach z dzieckiem

W.P.-C.: Chodzi zatem o zrozumienie, czego potrzebuję, czego chcę, aby czuć się w rodzinie dobrze.
– A także o zdefiniowanie, dlaczego jest mi źle, czemu coś mi nie pasuje, czemu mnie coś zdenerwowało.

W.P.-C.: Rodzice często obawiają się, że dziecko wywróci ich życie do góry nogami i nie odnajdą się w nowej roli.
– Na pewno życie z dzieckiem nie jest takie samo jak bez. Nie ma co się nastawiać, że nic się nie zmieni. Ale też myślę, że każdy sam musi przejść taki proces układania swojego życia na nowo. Trudno z góry pewne rzeczy zaplanować. My sobie wymyślamy, jak ta rzeczywistość ma wyglądać, robimy plany, a potem sytuacja okazuje się inna.

W.P.-C.: Rodzice skarżą się czasami, że ich „projekt dziecko” świetnie się sprawdzał przez pierwsze dwa lata. A potem nagle zamiast anioła pojawia się diabeł wcielony i ten bunt, wszystko na nie, rozwala im życie. Co się dzieje w tej rodzinie?
– Rozwój się dzieje! U każdego dziecka przebiega on inaczej. Dla jednego wyzwaniem są pierwsze tygodnie, a u innego czas, gdy skończy dwa lata.

W.P.-C.: Czego rodzic najbardziej potrzebuje na tym etapie, aby nie mieć poczucia, że coś nie wychodzi?
– Czasami potrzebuje po prostu rozumienia rozwoju dziecka, wiedzy o tym, jak ono funkcjonuje w danym wieku. Często przydaje się spojrzenie z dystansu albo poproszenie o pomoc kogoś, kto ma taką umiejętność oceny sytuacji z pewnej pespektywy.

W.P.-C.: Czy wiedzę o rozwoju dziecka warto zdobywać jeszcze przed jego narodzinami?
– Warto sobie z bliska kilkoro dzieci pooglądać na żywo. Rodzice często nie wiedzą, czy danym zachowaniem trzeba się niepokoić, bo w sumie nigdy nie przyglądali się innemu dziecku w tym wieku. Myślę, że to bardzo utrudnia. Dobra jest relacja z innymi rodzicami, którzy mają dzieci w podobnym wieku.

W.P.-C.: Wiąże się z tym pewna pułapka. Rodzice się żalą: mam fajnych znajomych, ale jak mówię, że nie chcę bić dziecka, mówią: „U nas klapsy działają, nie rozumiem cię”. Jak za tym nie podążać?
– To jest taki moment, kiedy doświadczenia bycia rodzicem weryfikuje inne relacje. Trochę trudno mi sobie wyobrazić, że stwierdzenie, iż znajoma nie widzi nic złego w biciu dzieci, nie wnosi niczego do relacji. Można się różnić w drobnych rzeczach, ale nie w takiej fundamentalnej. Rodzicielstwo bardzo weryfikuje nasze kontakty.

W.P.-C.: A wracając do naszych wskazówek, co możemy poradzić rodzicom na samym początku?
– Żeby wyluzowali. Żeby sobie dali pewną przestrzeń, bo jak się człowiek uczy, to mu nie zawsze wychodzi, jak ktoś robi coś nowego, to potrzebuje czasu, żeby w tym nabrać wprawy.

W.P.-C.: Trzeba dać sobie prawo do tego, że coś może czasem nie wyjść.
– Ludzie chcą dobrze i wtedy im nie wychodzi. Ci, którym jest wszystko jedno, wcale się nie zastanawiają. Błędy popełniają ci, którym na czymś zależy.

W.P.-C.: Taka informacja jest bardzo wspierająca dla rodziców. Rodzicielstwo to nie egzamin z matematyki, nie tylko wynik się liczy.
– Myślę, że warto też dać sobie prawo do pomocy, choć przy pierwszym dziecku rodzicom nie przychodzi to łatwo.

W.P.-C.: To znaczy?
– Chcieliby wszystko sami. Twierdzą: „dajemy radę”, bo chcą się wykazać, udowodnić, że są dorośli. Widzę, że już przy drugim dziecku potrafią powiedzieć: „Jak idziesz, to mi zakupy od razu zrób”. A przy pierwszym wszystko chcą sami.

W.P.-C.: Jakie korzyści daje gotowość do przyjmowania pomocy?
– Rodzicielstwo to naprawdę bardzo wymagająca praca. A my dopiero w XXI wieku wymyśliliśmy, że ktoś da radę zająć się dzieckiem sam. Wiele jeszcze zależy od dziecka, ale to często przekracza możliwości rodziców. Pomoc daje mamie szansę na wyspanie się, odpoczynek czy zajęcie się przez chwilę starszym rodzeństwem.

W.P.-C.: Jak skłonić rodziców do przyjmowania pomocy?
– Nie wiem. Jesteśmy wychowani w kulcie samodzielności. Człowiek musi sam poczuć, że potrzebuje pomocy, ale to bardzo długi proces. Rodzice czasem przychodzą i mówią, że zajęło im to 10 lat. Akceptowanie pomocy przychodzi łatwiej, jeżeli wynieśli takie doświadczenie z własnego domu. Większość z nas została jednak wychowana tak, że proszenie o pomoc oznacza porażkę.

W.P.-C.: Czyli doświadczenia z domu rodzinnego okazują się przydatne.
– Tak, ale nawet jeśli nie wynieśliśmy tego z domu, możemy sami świadomie budować przestrzeń relacji z innymi ludźmi. Nie jesteśmy skazani tylko na tych, którzy się obok nas pojawili z racji tego, że są rodziną czy z nami pracują. Sami możemy decydować, z kim wchodzimy w relację, z kim się przyjaźnimy. Szukajmy osób, które mają podobne spojrzenie na rzeczywistość, inspirujmy się tym, jak oni robią różne rzeczy.

W.P.-C.: Otwartość wobec ludzi, których zapraszamy do naszej rzeczywistości, pozwala budować taki świat, w jakim chcielibyśmy żyć. I myślę, że to daje nam zielone światło, by mimo różnych doświadczeń świadomie kierować swoim postępowaniem.

Zapytaj o wolne terminy

  






* Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych.

Zapis udany! Dziękujemy